Dmitrij Głuchowski · Rejestracja
2.
Uliana stała na ulicy. Dzwoniło jej w uszach. W ustach miała słono. Rozwarła pięści i zobaczyła, że jeden paznokieć jest złamany. Coś łomotało i przewracało się jej w klatce piersiowej.
Przed oczami wciąż miała wykrzywioną, buraczaną mordę Tatiany, te złe i głupie świńskie oczka pod jasnymi rzęsami, żółte, rzadkie zęby; nadgarstek palił ją po jej tłustych paluchach, po jej chwycie jak barszcz Sosnowskiego, a jej zapach — kwaśny, odrażający — wciąż się do niej kleił, nie rozwiewał.
Tam, w mieszkaniu, Uliana po prostu osłupiała, po ludzku, kurwa, zgłupiała od tego naporu, od tej nienawiści, której niczym nie wywołała i na którą nie zasłużyła. Tam zabrakło jej i słów, żeby się obronić, i tupetu, i czasu. A teraz Uliana, próbując złapać oddech, opowiadała sobie, że po prostu postanowiła nie zniżać się do poziomu matki Saszy, do jej ohydnego bazaru, do zakazanych, nieuczciwych ciosów — i wzniosła się ponad to wszystko. Ale czuła się tak, jakby ją ubrudzono, niemal zgwałcono. Jakby na ślepo przegrała coś bardzo ważnego, może honor, a może nadzieję — i dopiero teraz dowiedziała się, co postawiła w tej grze.
I jakoś szczególnie obrzydliwe było to, że Tatiana chciała ją upokorzyć właśnie przed zdjęciami syna, a on nie zdołał ochronić Uliany przed własną matką. I te jej oskarżenia… Czy ona naprawdę przyszła tam po pieniądze?
Co za pieniądze?
Po prostu chciała poczuć, że nie jest w tym wszystkim sama. Chciała usłyszeć, że przynajmniej teraz, z dzieckiem Saszy w środku, ją zaakceptują. Bała się zostawić je samej; chciała się upewnić, że nie tylko jej jednej na całym świecie potrzebne jest to dziecko, z którego przyszłości na razie ledwie majaczy cień, tylko jedno mgliste uczucie pod sercem, które nie ma jeszcze ani oczu, ani uśmiechu, a z dokumentów — tylko dwa niebieskie paski, i już szykuje się zaorać i przebudować całe życie Uliany pod siebie.
Niosła jej to ziarenko w obu dłoniach, wstrzymując oddech, własnej mamie jeszcze nie zdążyła powiedzieć, a pierwsza dowiedziała się matka Saszy: przyjmijcie, Tatiano Nikołajewno! Jak kotka, co przynosi gospodarzom nowo narodzone kocięta. A zamiast błogosławieństwa — wiadro pomyj. Od razu o pieniądzach. I jeszcze to: co zamierzasz zrobić? Taka podpowiedź, dla tępych. No suka czy nie?
W końcu pomyślała o Saszy. Zadzwoniła. Nikogo.
O dzieciach z Saszą nie rozmawiali, sam Sasza był jeszcze bez wąsa, Ulianę nazywał swoją pierwszą poważną historią, a jak takie historie zwykle się kończą, zdawał się nie domyślać.
Dobry z niego chłopak, ten Sasza. Trudno było traktować go zupełnie poważnie, bo był trzy lata młodszy, bo nie miał porządnej pracy — toczymy okrągłe, taszczymy płaskie, taką mamy robotę — a z wykształcenia szkoła i zawodówka; to nie książę w BMW, nie taki, od którego bije poczucie stabilności. Właściwie jedyne, co miał w sobie dobrego, to brak złośliwości… Jak on w ogóle z tym swoim łagodnym usposobieniem dał się namówić na wojnę? Matka go przycisnęła.
Czy Uliana powinna urodzić dziecko takiemu chłopakowi?
A jeśli leży tam zabity — wtedy powinna?
Jeśli to jedyne, co po nim zostanie, po Saszy — ta jego po-łowa, która rośnie w niej, a nic więcej? Jeśli go wcale nie znajdą? Albo jeśli znajdą i odeślą do domu w czarnym worku? Co wtedy?
Tymczasem Uliana szła już ulicą, na oślep, na chybił trafił, w ostatniej chwili wymijając ludzi i samochody. Miała wolny czas — nie sądziła, że rozmowa z teściową skończy się tak szybko. Nogi same zaniosły ją do centrum handlowego: tam zwykle zawsze pocieszała się czymś niecoś.
Na placu stał wózek z lodami. Sprzedawczyni, rozleniwiona słońcem, ospale obsługiwała kolejkę. Uliana nagle strasznie zapragnęła czekoladowych, żeby osłodzić gorycz. Dziwne: zwykle cukier był jej obojętny, a teraz jakby ktoś złapał ją za kark i ustawił w kolejce.
Zadzwoniła do Saszy.
Wzrok przywarł jej do ogromnego reklamowego billboardu, który jako pierwszy witał wszystkich przed centrum handlowym. Billboard był niebieski, jak tło programu informacyjnego w telewizji, i na nim też powiewał trójkolorowy sztandar. Na pierwszym planie stał chłopak w jakimś filmowym kamuflażu i patrzył w dal, ponad Ulianą, pięknymi oczami. Pewnie cały był przystojny, ale twarz skrywała mu kominiarka, a na niej miał luksusowy hełm z goglami przeciwpyłowymi, jak u amerykańskich komandosów w filmach. Skąd oni go wzięli? Na zdjęciach Saszy żołnierze byli opakowani zupełnie inaczej, zwyczajnie.
Na plakacie były jeszcze litery, że trzeba dołączyć do swoich, i liczby — 5500000, rubli, i to tylko za pierwszy rok służby. Przystojniak trzymał w rękach karabin, też jakiś wyjątkowy, też piękny.
Pięć milionów pięćset tysięcy, przeczytała w myślach Uliana. Ile to właściwie jest? Mieszkanie można kupić za cztery miliony, jeśli skromne i na zadupiu, i mieszkać w nim spokojnie całe życie. A jeśli podzielić to przez siedemdziesiąt tysięcy, jej miesięczny dochód z napiwkami, to ile wyjdzie? Siedem razy siedem — czterdzieści dziewięć, siedem razy osiem — pięćdziesiąt sześć… Osiemdziesiąt miesięcy. Czyli ile, miałaby harować przez siedem lat? Wychodzi siedem. A jakiś ochroniarz, który wyciąga najwyżej trzydzieści tysięcy miesięcznie — to w ogóle jakieś piętnaście lat.
A więc to są pieniądze. Pieniążki. Dzień dobry, Tatiano Nikołajewno.
— Proszę pani, blokuje pani kolejkę — powiedziała surowo sprzedawczyni lodów.
Uliana ocknęła się. Okazało się, że nie do niej. Z przodu utknęła jakaś babina, nie mogła policzyć swoich grosików. Patrzyła na zrogowaciałą, pooraną bruzdami dłoń, na której leżały białe i żółte krążki.
— Babciu, czego trzeba? Pomogę — zaproponowała Uliana.
— Rozmazują mi się — przyznała bezradnie staruszka. — Chcę „Sowieckie”, to w kubeczku. Za sto rubli.
Uliana jak sroka dziobem wybrała paznokciami monety z jej garści, dorzuciła jeszcze piątkę od siebie i uszczęśliwiła babcię. Potem nadeszła jej kolej.
— Poproszę czekoladowego rożka, „Magnum”.
Lizała tego rożka, powietrze pachniało spalinami i bzem, ciepły wiatr poruszał brzozowymi witkami, słońce nie było wściekłe, tylko łagodne. W takie dni wydawało się, że warto żyć. Lody działały tak, jak lody powinny: mroziły i osładzały.
— Po prostu spierdalaj, i tyle — powiedziała Uliana, kierując ostatnie słowo w kłótni z wyimaginowaną Tatianą Nikołajewną. — Urodzę ci na złość.
• • •
Wojskowa komenda uzupełnień stała przy ulicy Czeluskincew, za płotem, za świerkami, i z wyglądu przypominała zwykły czteropiętrowy dom zbudowany z białawych i brązowych cegieł. Nie było w niej nic ani uroczystego, ani złowrogiego. Płot też był niski, ażurowy, zespawany z cienkich żelaznych prętów, jakby po prostu odgradzał park. To była komenda obwodowa, dla samej wierchuszki. Miejską, przy Malcewa, obskurną i zapuszczoną, Tatiana już wyeksploatowała: tam tylko się wykręcali. Odesłali ją tutaj, piętro wyżej.
Przy bramie sterczał tylko plakat: „Wierzę w siebie, myślę o przyszłości, służę Rosji!”, a na nim czterech żołnierzy w kamizelkach kuloodpornych i dziwacznych hełmach z kwadratowymi goglami, jak motocyklowe. Plakat był niebieski, mundury zielone, flaga czerwona, ale deszcze wszystko wyprały i zrobiło się błękitno-różowe, a twarze żołnierzy stały się nierozpoznawalne, jak na czarno-białych zdjęciach z jeszcze poprzedniej wojny.
Przy ganku palili i puszyli się ogoleni na łyso chłopcy, palili i żartowali brzuchaci wujkowie w krótkich zielonych kurtkach z pagonami, jakaś zapłakana matka patrzyła w milczeniu w pustkę; przyjechali całą rodziną odprowadzić faceta z przepitą mordą — wystraszone jasnowłose dzieci, ponura, tęga kobieta, wszyscy milczeli.
Tatiana ruszyła prosto przez nich wszystkich, utartym szlakiem. Dyżurnemu surowo oznajmiła, że idzie do kancelarii, w kancelarii powiedziała, że składała już podanie, gdy minęły trzy tygodnie od zaginięcia Saszy, i że była już u zastępcy komendanta, więc teraz musi dostać się do samego komendanta. Tam od razu ucięli, że do komendanta nie ma wstępu, ale zastępca przyjmie ją ponownie, no dobrze, skoro już przyszła.
Z pamięci ruszyła korytarzami w kolorze beżu — z lekkim różowym odcieniem, jakby do farby kapnęła kropla krwi; weszła piętro wyżej, usiadła w kolejce i zaczęła oglądać plakaty oraz portrety. Młody Putin marszczył tam brwi w czapce marynarskiej z nausznikami, szereg marines niemo krzyczał „Ura!”, gwardziści wyciągali czubki butów na kremlowskiej defiladzie. W kącie przycupnął wychudzony manekin w masce przeciwgazowej i mundurze takim jak Saszy, kiedy się żegnali — wiszącym jak worek; a ten głupi kamuflaż i tak niczego nie zakamufluje. Pewnie postawili go dla ozdoby.
Przed Tatianą, jak grządka, siedziały kobiety i wszystkie były do niej trochę podobne. Krępe, czerwone na twarzy, z ogródków działkowych. Pachniało cebulą i kobiecym potem. Jedna miała u nóg torbę, z której wyglądał koniak, druga — pudełko cukierków. Tatiana przyszła z pustymi rękami. Nie zamierzała tu nikogo przekupywać. Wszystko jej się i tak należało.
Wezwali ją.
Gabinet był wyłożony okleiną, za plecami zastępcy wisiał Putin w garniturze, na tle flagi, już dojrzały — od marynarskiej czapki minęło jakieś piętnaście lat; stoły jak szkolne ławki, za jednym sam zastępca komendanta, żółtawy, żylasty, wąsaty, za drugim jakiś jeszcze wojskowy, gładko ogolony, młodszy, krąglejszy, bardziej różowy: zastępca też miał swojego zastępcę. Przed wąsatym stało wolne biurko; gładkolicy siedział przed komputerem z czarnym ekranem, od tyłu przypominającym nagrobek.
— Kiedy składała pani podanie? — zapytał wąsaty.
Oczywiście przez te dziesięć dni wszystko zapomniał — i Tatianę, i o kogo prosiła. Ale ona dobrze go pamiętała.
— Minął miesiąc — powiedziała. — Ponad miesiąc.
— Łazarenko? — powtórzył gładkolicy, stukając w czarne klawisze.
— Łazarenko Aleksandr Witaljewicz. Przez telefon nic nie chcą powiedzieć.
— No, na razie nie ma informacji, towarzyszu podpułkowniku — wyjaśnił gładkolicy nie Tatianie, tylko swojemu przełożonemu. — Ostatnie, co mamy, to że dwudziestego dziewiątego maja dwa tysiące dwudziestego piątego roku wyruszył na wykonanie zadania bojowego w rejonie miejscowości Czasiw Jar, w składzie pododdziałów zmechanizowanych Drugiej Armii, a konkretnie…
— To wszystko wiem. Ale co mu się stało? Co się stało?
— No przecież czytam pani, co mam napisane.
— W jednostce też nic nie mówią, rozumie pan?
— No bo nie mają nic do powiedzenia. Czego pani chce, żeby pani powiedzieli?
— Że żyje.
— No, tutaj… — podpułkownik rozłożył ręce.
— Albo jeśli coś się stało, niech też powiedzą! Po prostu tak nie wiedzieć, to ciężko, rozumie pan?
— Rozumiemy, rozumiemy.
Zastępca zastępcy wstał, przeciągnął się, pogrzebał w szufladzie, znalazł tam czerwoną plastikową zapalniczkę, przekręcił kółko, powąchał krzesiwo.
— Na dymka, Pawle Siemionyczu?
— Aha, minutka — mrugnął do niego przełożony.
— Co to za podejście? — oburzyła się Tatiana. — Powierzyłam wam swojego syna!
— Proszę posłuchać… Tatiano… Nikołajewno… — sprawdził na kartce. — To jest wojna, czemu pani zachowuje się jak małe dziecko? My go nie szukamy? Szukamy. Znajdziemy — damy znać. Niektórzy czekają u nas po pół roku i nic, jakoś wytrzymują. A niektórzy nawet dłużej!
On też zaczął wstawać, dając Tatianie do zrozumienia, że rozmowa skończona, ale ona uparcie siedziała, nie mogła tak po prostu wyjść. Tracąc pewność siebie, zaczęła się miotać:
— No to może chociaż jakieś zaświadczenie byście dali?
— Jakie zaświadczenie?
— Że zaginął bez wieści. W funduszu powiedzieli, że bez zaświadczenia nic nie mogą zrobić.
— Ale on na razie nie zaginął bez wieści — odpowiedział podpułkownik, wyciągając już z kieszeni paczkę papierosów i niecierpliwie wąchając tytoń. — W jakim funduszu?
— Żeby dostać ubezpieczenie.
— A… No tak. Ubezpieczenie — uśmiechnął się smętnie, jakby od razu rozczarował się Tatianą. — Jasne. A co, pilno pani?
— Rzecz w tym, że mamy kredyt hipoteczny — tu Tatiana już całkiem zaczęła trajkotać. — Sasza, Aleksandr, miał nam co miesiąc przysyłać pieniądze z wypłaty. A teraz zaczął się drugi miesiąc. Wszystko mamy wyliczone, rozumie pan? Trzeba płacić, bank się domaga… Gdyby było zaświadczenie, dostalibyśmy chociaż ubezpieczenie, spłacilibyśmy kredyt. Jak mamy czekać pół roku?
— Biorą kredyty hipoteczne, a potem skomlą — pokręcił niezadowolony głową gładkolicy. — Pieniążki, pieniążki… On tam wypełnia swój obowiązek, jeśli łaska! Wobec kraju.
— Rozumiem, że obowiązek, czy ja mówię… Jesteśmy dumni!
— No właśnie. A my na razie nic pani nie możemy dać — podpułkownik rozłożył ręce. — Zaświadczenia. Bo pani syn nie zaginął bez wieści, tylko jest nieobecny z nieznanego powodu.
— To nie jest to samo? — krzyknęła Tatiana, uznając, że sobie z niej kpią.
— To różne rzeczy! — gładkolicy też podniósł głos. — Jest procedura. Zaginął, owszem, ale zaświadczenie można wydać dopiero wtedy, kiedy go nie znajdą. A dopóki go szukają, nie możemy wydać. Wciąż go szukają, rozumie pani? Oni tam jeszcze szukają, a pani już stawia krzyżyk na synu!
— Nie stawiam! Nie stawiałam i nie stawiam!
— No i dobrze. I po sprawie — pojednawczo powiedział wąsaty.
— To co mam zrobić? — spytała Tatiana bezradnie, błagalnym tonem.
— No… — podpułkownik już stał przy drzwiach, już je otworzył, już zapraszał Tatianę gestem do wyjścia. — Jeśli nie chce pani na nas czekać, może pani wystąpić do sądu. Ale to też potrwa.
— Wysłałam tam syna, rozumie pan? — całkiem się poddała.
— Wiadomo, że syna — wąsaty opuścił kąciki ust. — Przecież wszyscy tutaj jesteśmy czyimiś synami!
• • •
Paliły znowu każda swoje, pachnące, patrzyły na odległe krzyże za rzeką; przezroczyste niebo nigdzie się nie kończyło, za domami na prospekcie mruczały samochody, a powietrze miało tę przyjemną temperaturę, przy której można było zapomnieć o głupim, wiecznie marznącym albo się pocącym ciele i pomyśleć, że jest się po prostu duszą bez skorupy. Takiej pogody w Wołogdzie trafiało się najwyżej przez miesiąc w roku i szkoda było przesiedzieć ją w piwnicy.
Kris nie umiała długo się obrażać. Już następnego dnia jej pamięć się wyzerowała i znów zdawała Ulianie codzienny raport.
— Krótko mówiąc, zaprasza na daczę — opowiadała. — Na weekend. Żebym poznała rodziców i tak dalej.
— Oho. Serio?
— Wyobraź sobie.
— No proszę, postęp! A Byki mają, swoją drogą, dobrą prognozę na romanse w tym miesiącu, sprawdziłam dla ciebie.
— Odpukaj.
Uliana posłusznie powiedziała „tfu, tfu, tfu”, uśmiechnęła się do Kristinki i pogładziła ją po kruczych włosach. Ona też nigdy nie umiała długo złościć się na Kris.
— A nie przeszkadza ci, że on się nie domyśla?
— W jakim sensie?
— No, że… Mówi: powiedz, jeśli będziesz czegoś potrzebować…
— Słuchaj… Przynajmniej się interesuje. Jest materiał, można nad nim popracować.
— No, niech Bóg da, co.
— Amen!
Kristina roześmiała się i żartem przeżegnała w stronę krzyżowego kwiatostanu cerkwi Zaśnięcia Matki Bożej za rzeką.
Kristina miała dwadzieścia pięć lat, Uliana — trzydzieści. Pięć lat więcej niezgodności z mężczyznami, puzzli, które nie składały się z takiego czy innego powodu: niezasłużonych uraz, niespełnionych obietnic, niewybaczonych kłamstw, niespełnionych nadziei. O pięć lat trudniej uwierzyć, że tym razem się uda, że przypadkowy człowiek okaże się nieprzypadkowy, że wreszcie skończy się ta przeciągająca się, głupia faza poczwarki i nadejdzie w końcu długo wyczekiwana faza motyla. Ale szczenięca radość Kristinki, jej dziecięca gotowość, by wyzerować listę wszystkich poprzednich rozczarowań i znowu uwierzyć, że tym razem już na pewno będzie naprawdę, udzieliła się także Ulianie i zrobiło jej się ciepło na sercu i dreszczem przeszła ją myśl o przyjaciółce. Nie było zazdrości. Było życzenie: niech choć jednej z nich dwóch uda się ułożyć sobie życie po ludzku.
Dopaliły. Uliana zadzwoniła do Saszy.
Postały jeszcze trochę, każda wlepiona we własny telefon.
— YouTube w ogóle nie działa — poskarżyła się Uliana.
— Babciu, no co ty — Kristinka oderwała się od swojego. — Nie masz VPN-a czy co? Daj, zainstaluję. YouTube będzie śmigał, a do tego wszystkie zakazane strony. I jeszcze zainstaluję ci amerykańską sztuczną inteligencję, czat. Wyszukuje wszystko, czego nie daje Yandex, a psy się nie dowiedzą. Bo ci teraz wszystko zakażą, nie będzie ani porno, ani Instagrama, tylko same Gosusługi i koniec, pizdec.
— Już mnie, kurwa, naprawdę wkurwili — zgodziła się Uliana, podając jej telefon.
Kristina postukała w coś swoimi kocimi opuszkami, schowawszy pazurki, ułożyła usta w „o” — zamyśliła się.
— Jaki kraj ci ustawić? — spytała. — Czyli skąd się łączysz?
— Byle nie Rosja?
— No wybierz sobie jakiś normalny. Stany? Francję?
— A… — zastanowiła się Uliana. — No dobra, niech będzie Francja.
— Świetny wybór — Kristinka wypuściła nosem obłok o zapachu melona. — Gotowe, możesz uznać, że już tam jesteś. Teleportowałaś się.
— Wyobraź sobie, gdyby naprawdę dało się tak zrobić. Pstryk… I już Paryż.
— W Chujżu — powiedziała Kristinka. — Nie w tym życiu.
— No, to przynajmniej tak — Uliana odebrała od Kristiny skonfigurowany telefon. — Merszyszki.
Cały dzień był pusty, letnie piątki zawsze takie są; kto prostszy — jedzie na wieś, do ogródka, kopie i podlewa, kto ma pieniądze i władzę — wyładowuje złość na zwierzynie w rezerwatach i łowiskach. Salony spa gromadzą zimą tłuszczyk, kiedy na dworze paskudnie i ponuro.
Ale koło siódmej na górze szczęknęły drzwi i na schodach rozległy się kroki — kamienny chód pijanego człowieka. Uliana odwróciła głowę i zobaczyła lakierowane buty. Lśniące. Pewnie rozmiar czterdzieści sześć.
Potem do piwnicy wsunął się ciężki łeb — jak lis, który zagląda do nory myszy polnych. Powęszył i rozciągnął tłuste wargi w szerokim uśmiechu: niby uśmiechu. Usta miał duże. Łbowi spodobało się to, co zobaczył.
Garnitur, krawat. Koszula rozpięta nad brzuchem jak dzwon. Ogolony.
— Witam, piękności! — powiedział to tak, że aż chciało się odpowiedzieć „Ku chwale ojczyzny!”, choć był po cywilnemu.
Jakby był wesoły, ale nie sposób było podłączyć się do tej wesołości. Może dlatego, że jego oczy się nie śmiały, a może dlatego, że ta wesołość była zrozumiała tylko dla niego. Kristinka uśmiechnęła się grzecznie, Uliana nie. Dzielnica była centralna, wokół rozsianych było mnóstwo różnych urzędów, a nie wszyscy, którzy w nich pracowali, byli dobrymi ludźmi.
— Przydałby mi się masażyk. Plecy mi się spięły. Zrobicie? — poruszył swoim górzystym cielskiem; miał barki zapaśnika.
— Plecy tysiąc siedemset — podała cenę Uliana. — Całe ciało trzy tysiące. Z rozgrzewaniem trzy siedemset.
— To dawaj cały, z rozgrzewaniem, na maksa — wyszczerzył się teraz właśnie do Kristiny, już nie patrząc na Ulianę. — Tylko porządnie mnie rozgrzej.
Kris zeskoczyła z kanapy i schowała telefon do kieszeni swojego roboczego kombinezoniku. Kombinezon leżał na niej świetnie, dokładnie opinał wszystkie jej krągłości, choć był poważny, wręcz surowy — taki, jaki powinien nosić personel medyczny.
— Proszę przejść do gabinetu masażu — zamruczała. — Jest tam przedsionek, może się pan rozebrać i położyć na stole.
Klient przecisnął się obok recepcji Uliany, oblewając ją ciężką mieszaniną potu, chuchu i wżartego, zjełczałego dymu papierosowego: wyglądał porządnie, a śmierdział jak kierowca marszrutki. Jeszcze raz obrzucił wzrokiem recepcję, czujnie, jakby zapamiętywał — a więc tu wejście, tu telefon, gabinetów jeden, dwa, trzy… I zanurkował do gabinetu masażu, nie mówiąc już nic więcej.
Uliana została za ladą przy komputerze. Podniosła słuchawkę i wybrała numer szefa.
— Anatolij Siergiejewicz? Aha. Uliana. No, jest jeszcze jeden. Trzy siedemset, cały. No to wychodzi dziś tylko dwanaście tysięcy. No, jak jest. A co ja zrobię? Tak. Lato, no. No i właśnie! Tak, rozumiem. Załatwię, aha. No, wszystko.
Kiedy klient płacił trzy siedemset, nie było mu trudno dorzucić trzysta napiwku. Napiwkiem podzielą się po połowie z Kris, jak zwykle. Głupstwo, jasne, ale zawsze coś. Na lody.
Uliana zaczęła bezmyślnie wodzić myszką po ekranie. Potem wpisała: „mój chłopak zaginął na SWO co robić”. Wyskoczyło mnóstwo odpowiedzi, dziewięć z pierwszych dziesięciu było takich samych: „Jak skontaktować się z żołnierzem SWO, który zaginął lub nie daje znaku życia. Algorytm postępowania”.
Algorytm postępowania. Algorytm postępowania. Dlaczego właśnie algorytm, dlaczego to dziwne, mechaniczne słowo w takiej sytuacji? Może miało uspokoić? Algorytm wyglądał tak: upewnijcie się, że żołnierz rzeczywiście zaginął, a nie tylko stracił łączność. Odczekajcie miesiąc albo sześć tygodni. Obdzwońcie infolinie Ministerstwa Obrony… Fundację Wsparcia Uczestników SWO… Komisariat Wojskowy… Potrzebny będzie akt małżeństwa, jeśli zgłasza się żona, albo akt urodzenia, jeśli zgłaszają się rodzice…
Rodzice albo żona. A kim ona była dla Saszy?
Nikim.
I wtedy w głębi, za zamkniętymi drzwiami gabinetu masażu, rozległ się stłumiony pisk. Uliana oderwała wzrok od bezużytecznej instrukcji i nadstawiła ucha. Znowu. Dziewczyński pisk.
Uliana podniosła się. Za zamkniętymi drzwiami coś się działo, coś, co na pewno nie powinno się dziać.
— Kris? — zawołała. — Wszystko w porządku?
Tamta nie odpowiedziała, więc Uliana wyskoczyła zza recepcji i weszła na korytarz. Ale w tej chwili drzwi gabinetu masażu same się otworzyły i Kristina wypadła na zewnątrz — z wykrzywioną twarzą i wybałuszonymi oczami.
— Powiedz mu, Ulian! Powiedz mu!
Rzuciła się do Uliany, przywarła do niej, jakby chciała schować się za mamusią. A za nią wylazł klient — wielki chłop, z rudym owłosieniem na piersi i bębniastym brzuchem, na słoniowatych nogach jak pnie, z podskakującym, sprężyście gibkim, sterczącym kutasem. Kutas celował w obie. Uliana schowała Kristinkę za plecy i zagrodziła sobą korytarz.
— Proszę pana! Natychmiast się ubrać! — rozkazała mu Uliana surowo i lodowato, jak przedszkolanka.
— No co ty, głuptasku, przestraszyłaś się, czy jak? — zwrócił się klient do Kristiny, patrząc przez Ulianę, jakby w ogóle jej nie zauważał. — No, dorzucę jeszcze tysiaka, będzie weselej!
— Powiedz mu, Ulian! Powiedz, że to nie jest u nas pierdolnik! — poprosiła Kristina, łapiąc oddech.
— Ubieraj się i wynocha — powiedziała Uliana wyraźnie, rozdzielając słowa.
— No o co ja poprosiłem? Tylko o to, żeby ręką poruszała, o Jezu, Boże mój. A wy tu zaczynacie.
Nie odchodził, śmiał się z nich, szczerzył zęby, a kutas wcale nie opadał pod wpływem surowości Uliany — wręcz przeciwnie, jakby go to podniecało.
I ze strachu, albo przez jego pewność siebie, albo dlatego, że tak bezczelnie patrzył na nie obie jak na mięso, Uliana wrzasnęła na niego tak głośno, że aż jej samej zatkało uszy.
— Szybko zakładaj gacie i wynocha! To nie burdel, nie rozumiesz?!
— Jak to? Wszędzie burdel, a tu akurat nie?
Klient zrobił jeszcze krok w ich stronę. Kris nie wytrzymała i uciekła za recepcję. Uliana skrzyżowała ręce na piersi i stała w miejscu. Złość, że znowu wzięli ją za kurwę, nie pozwalała jej ustąpić.
— Mam wezwać policję?!
To rozbawiło go jeszcze bardziej.
— Ja ci wezwę policję, tępa kurwo. I jeszcze inspekcję sanitarną. Zamkniemy tę waszą budę w mig. Nie będziecie miały swojego domku, pójdziecie zarabiać przy szosie.
Wyrwała telefon, udała, że szuka numeru, popikała przyciskami. Dopiero wtedy się odwrócił i zniknął w drzwiach. Uliana spojrzała na Kristinę: nie bój się, damy radę, nie takich się widziało i załatwiało. Kristinka uśmiechnęła się do niej żałośnie i z wdzięcznością — ale zza recepcji nie spieszyła się wychodzić, dopóki nie było pewne, że wszystko naprawdę się skończyło.
A nic się nie skończyło.
Ten znowu wylazł na korytarz. Znowu goły. W ręku trzymał czerwoną książeczkę, legitymację, i wciskał ją Ulianie pod nos. W legitymacji była jego gęba i podskakujące literki: coś jakby gubernator, jakiś tam zarząd, pieczęć, podpisy.
— Umiesz czytać? To czytaj.
Uliana nie potrafiła odczytać tych wszystkich znaczków, zlały jej się w oczach i rozmazały. Ale sens nie z nich się składał, tylko z orła na okładce, z orła na pieczęci, ze słowa „zarząd”, z bezczelności tego faceta i jego bezwstydu.
— No i co, uwierzyłaś? — pstryknął jej legitymacją przed nosem.
— Naprawdę nie możemy tu świadczyć takich usług — powiedziała cicho Uliana, ściskającą ją w gardle gulą. — Naprawdę.
— No to teraz posłuchaj. Gdybyś się tak nie stawiała, kochana, może bym sobie poszedł. Ale teraz nie pójdę. Jeśli ona nie chce — klient obrzucił Ulianę oceniającym spojrzeniem — możesz ją zastąpić, pozwalam. Masz minutę do namysłu.
Odwrócił się; obwisłe pośladki dostojnie zafalowały — niespiesznie pomaszerował z powrotem. Stół do masażu skrzypnął pod jego setką kilo.
— Pizdec — szepnęła Uliana, zerkając na Kristinkę.
— Kto to w ogóle jest?
— A kto, kto! Czemu zachowujesz się jak mała? Stamtąd! — skinęła głową w górę.
Odwróciła się do Kristiny całym ciałem i wpatrzyła w nią. Z taką legitymacją ten człowiek mógł oczywiście zamknąć ich salon. Mógł też zrobić coś gorszego. Na policję rzeczywiście nie było co liczyć. Zostawała tylko jedna nadzieja — że nie będzie mu się chciało zawracać sobie głowy. Ale po zapadniętych oczach i grubych ustach wykrzywionych w uśmiechu Uliana rozumiała, że jemu właśnie będzie się chciało. Złapał bakcyla: chciał upokorzyć.
— Kris… — Uliana pochyliła głowę.
— Co „Kris”? Co „Kris”?! — wyszeptała rozpaczliwie. — Nie zrobię tego! Nie chcę! Jest obrzydliwy!
— Obrzydliwy — zgodziła się Uliana. — Czy ja mówię, że nie jest obrzydliwy? Po prostu wtedy koniec z nami, Kristin. Kaplica.
Powiedziała to na głos i dopiero teraz naprawdę do niej dotarło, a wtedy przestraszyła się na dobre. Co to za trudność, pomyślała nagle Uliana. Przecież on tylko prosi… No poszłaby i szybko mu zwaliła, po co udawać cnotkę? A jeśli naprawdę zamkną salon? Położyła dłoń na brzuchu. I co wtedy? Dokąd? Jak zapłaci za mieszkanie? Kto się nad nią, nad Ulianą, zlituje?
Bezsilność — właśnie to czuła. To było jak stanąć na torach przed pędzącym składem towarowym, stu wagonów, dziesięciu tysięcy ton, który ostrzegawczo na ciebie trąbi, ale na pewno się nie zatrzyma. Uliana wiedziała, że nawet kiedy rozjeżdżają ludzi, nie stają, bo nie ma sensu. Pyk — i dalej: na stacji umyją. A przecież to Kristinka ją na te tory wyprowadziła.
Głupia.
— Nie zrobię tego! Nie jestem kurwą!
— Dziewczynki! — ryknął człowiek z gabinetu masażu. — Stygnęęę!
Kristinka się rozpłakała.
— Ja też nie jestem kurwą — westchnęła Uliana.
Z lewą ręką na brzuchu ruszyła korytarzem na drewnianych nogach. Stanęła w progu gabinetu masażu. Popatrzyła na jego rozłożyste mięcha, na opadające podgardle, na zapuchnięte ślepia. Z obrzydzenia zrobiło jej się niedobrze, aż strach ją opuścił.
— Dziś już nie pracujemy — powiedziała cicho, ale stanowczo, i pstryknęła wyłącznikiem, gasząc światło. — Załóż gacie i wyjdź.
Za to poczuła się człowiekiem.
• • •
Tatiana weszła pierwsza, Witalia za nią. Rozejrzała się w prawo i w lewo, sądziła, że będzie musiała walczyć o miejsce w kolejce, ale nie było nikogo. Niepotrzebny automat do wydawania numerków pokrywał się kurzem. Miał korporacyjny, szkarłatny kolor, tak samo jak lada z urzędniczką, jej kokieteryjny krawat na kształt pionierskiego i bankowy herb nad głową. Sufit był niski, brudny, ze styropianu, podzielony na kwadraty, a zamiast jednego z nich ziała kwadratowa dziura.
Urzędniczka się nudziła, stukała coś w telefonie.
— No! Proszę pani — przywitała się Tatiana. — Ciągle dzwonią do mnie z waszego banku i przysyłają SMS-y. Że zalegam ze spłatami. Dzisiaj dzwonili już tylko dwa razy!
— Pokaże pani?
Podała tej szkarłatnej dziewczynie telefon i pokazała bankowe SMS-y z pogróżkami. Dziewczyna przeczytała.
— Oj. No to tam, do działu kredytów hipotecznych.
Cały dział składał się z czerwonego biurka i dwóch plastikowych krzeseł. Trzecie, dla Witalija, trzeba było przynieść z działu kredytów konsumpcyjnych. Przyszła inna, taka sama dziewczyna, dokończyła żuć kanapkę, usiadła. Obejrzała paszport, pogrzebała w jakichś papierach, otworzyła tablecik.
— No, ma pani już dwa miesiące zaległości. U nas wszystko działa automatycznie. Nic dziwnego, że wysyłają.
Jej głos też brzmiał automatycznie i Tatiana bezbłędnym instynktem zrozumiała: niepotrzebnie tu przyszły. Ale przecież trzeba było spróbować.
— Mamy syna na SWO — opowiedziała Tatiana.
Tamta nic na to nie odpowiedziała, tylko czekała, dokąd Tatiana dalej zmierza.
— Płacimy z jego żołdu. A on się spóźnia! Zaginął!
— Współczuję pani — odpowiedziała dziewczyna obojętnie — ale odsetki karne i tak są naliczane. Do Biura Historii Kredytowej poszła już informacja, że nie płaci pani zobowiązań. Wszystko robi komputer. A jeśli zaległość przekroczy trzy miesiące, sprawa trafi do komisji.
— Jakiej komisji?
— No, żeby rozpatrzyć, co zrobić z mieszkaniem. Przecież ono nie jest pani własnością, dopóki nie spłaci pani całego kredytu. Należy do banku. Jeśli nie może pani płacić co miesiąc, zażądają spłaty całej pozostałej kwoty kredytu hipotecznego albo odbiorą mieszkanie przez sąd.
Ten jej instynkt, który pozwalał Tatianie po najmniejszych wahaniach głosu — o pół tonu w górę, o pół tonu w dół — szybciej, niż rodziła się myśl, rozpoznać, kto tu będzie ważniejszy od kogo. I jeśli tamten miał choć odrobinę więcej władzy, Tatiana, zanim zdążyła sobie cokolwiek uświadomić, już zaczynała się przymilać. A jeśli to ona miała choć gram władzy więcej — trzeba było z tego grama zrobić tonę, żeby przycisnąć drugiego człowieka, a jeśli trzeba, to i zmiażdżyć. Tak nauczyło ją życie, jeszcze od dzieciństwa. Kogo można przygiąć, tego trzeba przyginać od razu, bez zbędnego gadania, bo inaczej zawsze będą przyginać ciebie. A jeśli już ciebie przygięli, trzeba to natychmiast przekazać dalej komuś innemu, jak jedna kostka domina drugiej, bo inaczej nie uwolnisz się od tego palącego ucisku, będzie cię boleć i piec; jeszcze się od tego rozchorujesz!
— A ile nam jeszcze zostało? — spytała żałośnie.
— Przecież dopiero zaczęliście.
Dziewczyna otworzyła w tablecie kalkulator i zaczęła stukać palcem. Tatiana śledziła to z niepokojem.
— Trzy miliony dziewięćset piętnaście tysięcy trzysta pięćdziesiąt sześć rubli. Tyle, jeśli spłaci pani wszystko już teraz. A jeśli będzie pani zwlekać, kwota wzrośnie.
— No nie możemy oddać… Z czego mamy oddać?
— Nie wiem. W zasadzie do emerytury ma pani jeszcze trochę czasu. Możecie podzielić to po równo na dwoje, wyjdzie po osiemdziesiąt tysięcy miesięcznie. Zarobicie — wzruszyła ramionami ta suka.
— Oj. Oj! Skąd on weźmie osiemdziesiąt tysięcy? — Tatiana machnęła ręką na milczącego Witalija, jakby targowała się o niego na targu ptactwa. — Komu on w ogóle jest potrzebny! Nawet za trzydzieści tysięcy nigdy nigdzie go nie chcieli!
Dziewczyna przyjrzała się Witalijowi oceniająco i chyba zgodziła się z Tatianą. Potem spojrzała na dziurę w suficie i wymyśliła rozwiązanie:
— No, swoją drogą, może pani też go zgłosić na SWO. Z pierwszej wypłaty spłacicie dług i od razu będziecie zabezpieczeni na cały rok, a potem pomyślicie, co dalej.
Witalia zamrugał i skulił się.
— Zupełnie sumienie stracili… — spojrzał pytająco na żonę.
— Ty lepiej siedź cicho — powiedziała mu Tatiana.
Cmoknęła odruchowo, żeby nie odzywał się niepytany, ale potem poczuła, jak pod żebro ukłuło ją szydło litości — litości dla Witalija i dla samej siebie, a także strach, że straci teraz w życiu już wszystko.
— Co dzieci bez ojca? Mamy jeszcze dwoje.
— No to radźcie sobie sami.
— A można zrobić tak, żeby na razie nie dzwonili?
— Mówię przecież, wszystko działa automatycznie.
Ludzie wchodzili i wychodzili. Drzwi trzaskały. Ktoś obok też mamrotał, też próbował przekonać roboty. Lampka piknęła, zapalił się numer. Czas minął.
— Następny — powiedziała urzędniczka.
Witalia ledwo wytrzymał, aż mógł zapalić papierosa, tak się zdenerwował.
— Wredna suka — zakaszlał.
— Już cię nie wyślę — ulitowała się nad nim Tatiana. — A niech to, jakieś „MMM”.
• • •
Słońce schowało się za dachami, ziemia jeszcze dogasała na obrzeżach, a z góry przykrywała ją już błękitna pokrywa. Uliana stała przy kuchennym oknie, patrzyła na zachód słońca, podwórko, garaże-muszelki, zepsutą karuzelę i dzieciaki chlające piwsko w piaskownicy. Patrzyła i kroiła sałatkę.
Kuchnia miała pięć metrów: tu szafka, tu zlew, tu stolik dla dwojga. Nie było się jak obrócić. Dobrze, że przynajmniej okno łączyło ją z ogromnym światem, i dobrze, że w tym świecie znajdowała się nie za nisko.
Kroiła pomidory, cebulę, koperek, ogórki. Ogórki rosły u matki w ogródku, co oznaczało poważne oszczędności: te ze sklepu kosztowały teraz niemal tyle co mięso, przez jakieś zaburzenia w rolnictwie. W tej sałatce wszystko było z matczynego ogródka, ze sklepu tylko śmietana i sól. Budżetowo.
Kroiła i właśnie rozmawiała z mamą. No, rozmawiała? Jak zwykle, rozmowa była jednostronna.
— No właśnie, — opowiadała matka przez głośnik. — Alewtynę Iljiniczną dopadła rwa kulszowa, sama nie może plewić, więc po sąsiedzku jej pomogłam, nachyliłam się, no i niby, wiesz, Uliasz, wszystko było dobrze, a potem weszłam do domu, pociemniało mi w oczach, złapałam się stołu, myślałam, że upadnę, ledwo doczołgałam się do kanapy, no i potem waleriana, no-spa, i powoli doszłam do siebie, teraz siedzę i oglądam „Pole cudów”, są tam ci chłopcy w mundurach, jednemu właśnie samochód się należy. Patrzę i myślę o twoim Saszy, wróci i też może trafi do telewizji…
Uliana kroiła i kroiła, zastanawiała się, powiedzieć jej o ciąży czy nie powiedzieć, powiedzieć czy nie powiedzieć, i nagle zapragnęła chybić ogórka i odciąć sobie palec, nawet na sekundę się zatrzymała, wyobrażając sobie, jak trysnęłaby krew, po czym znów zaczęła siekać białe krążki, raz, raz, raz; potem odrzuciła nóż od siebie.
— Mamo…
— A u Morozowów, u Morozowów, mówiłam ci? Ich córka omal się nie utopiła, pojechali nad rzekę, weszli do wody, a tam pnie, płyną tuż pod powierzchnią, nie widać ich, i jeden trafił ją w głowę, Arkadij tylko się odwrócił, a ją już znosiło, ledwo zdążył ją dogonić, chwała Bogu, odciągnął na brzeg, jakoś doszła do siebie… A u Gornostajewów to przecież utonął Kostia, pamiętasz Gornostajewów? No, był pijany, wlazł do wody, na trzeźwo może by jeszcze wypłynął, ale wypili tam tyle wódki, a woda na majówkę była lodowata, po co tam wlazł! A pochowali go akurat dziewiątego maja, w święto, opowiadałam ci przecież, nie? Czy nie znasz Gornostajewów?
— Mamo.
— Co? Co, Uliasz? Słoneczko moje.
— Nic. Miałam dziś do dupy dzień w pracy. Pójdę już, dobrze? Chce mi się pod prysznic.
— No idź, idź.
— I jeszcze pokłóciłam się z Tatianą. Z Tatianą Nikołajewną. Matką Saszy.
— Ojej. O coście się znowu pokłóciły?
— Ja… Zajrzałam sprawdzić, czy może są jakieś wiadomości. A ona od razu zaczęła…
— No… A do dupy z nią, też mi coś. Nie lubi cię, to niech nie lubi. A ty się przed nią za bardzo nie przymilaj.
— Wcale się nie przymilam. Przymilam. Nieważne… Za wiele by chciała, żebym się przymilała.
— No dobrze.
— No dobrze.
Nie powiedziała. Chciała poczuć ulgę, ale bała się rad. Matczyne rady są takie — lepkie jak cygańskie przepowiednie. Nie chcesz, a i tak zrobisz. A Uliana chciała samodzielności, zawsze chciała być samodzielna.
Z wahaniem wzięła nóż, dokończyła kroić sałatkę, przełknęła ją bez żucia — ogórki drapały ją w gardle. Nie włączyła nawet telewizora, nie miała siły tego wszystkiego słuchać. Zadzwoniła do Saszy. Przeszła do jedynego pokoju — łóżko, fotel, plakat z kotami — i ściągnęła przez głowę podkoszulek razem ze stanikiem. Otworzyła drzwi szafy, na których było lustro na całą postać. Spojrzała na siebie nagą z niepewnością. Dotknęła małych piersi. Wyobraziła sobie, jak nabrzmieją, gdy będzie karmić. Przesunęła palcem po zapadniętym brzuchu. Dziwne. Nie sposób sobie wyobrazić. Nie dało się, kurwa, rozmnażać przez pączkowanie?
• • •
Telefon zaczął dzwonić na godzinę przed budzikiem. Uliana się tego nie spodziewała, więc za pierwszym razem nie odebrała, tylko zrzuciła go na podłogę. Nie przestawał: zawibrował drugi raz, potem trzeci. W końcu się ocknęła i wymacała go ręką.
„Anatol. Sierg. 7 NIEBO Szef”. I nieodebrane od niego.
— Tak, Anatolij Siergiejewicz?
— Co ty, kurwa, wyprawiasz?!
Kiedy dotarła do pracy, wszystko było już skończone. Gliniarze odjechali, strażacy odjechali, a przy zapieczętowanej piwnicy siedzieli na krawężniku tylko Kristinka i Anatolij Siergiejewicz. Szef był cały purpurowy, jakby dopiero co wyszedł z łaźni, Kristinka miała rozmazany tusz — po solidnej burze.
— Kto to był? Kogo wyrzuciłyście?! — wrzasnął od progu, gdy tylko Uliana pojawiła się na podwórku.
— On… Sam nie powiedział, tylko pokazał. Taka czerwona książeczka. Legitymacja. Jakiś Zarząd Kontroli.
— Ty idiotko?!
— A co miałam robić? Wie pan, czego chciał? Wie pan, czego?! — Uliana zrobiła wielkie oczy.
— I co z tego?! Pierwszy raz coś takiego, czy jak?!
— A może to prowokacja? — przyszło jej do głowy wyjaśnienie. — Żeby nas potem zamknąć… Pomyślałam…
— Pomyślałaś? Nie po to ci płacę, żebyś myślała! Miałaś! Do! Mnie! Zadzwonić! Wiesz, jaką karę mi dowalili? I nie chcą negocjować! Prowokacja, ja pierdolę!
— A dlaczego on traktuje nas jak gówno? — nie wytrzymała Uliana.
— A właśnie dlatego! Bo dla nich jesteśmy gównem! I wy, i ja! Wczoraj się urodziłaś, czy co?! Czemu, do cholery, postanowiłaś to wszystko na mój koszt, co? Teraz już nigdy się od nich nie wykupię! Może mam ściągnąć to z was?
— Nie mamy tyle pieniędzy, Anatoliju Siergiejewiczu — Krysinka znów się rozpłakała.
— To może chociaż pojedziecie ze mną na komendę? Muszę jeszcze wszystko wyjaśnić, pomożecie mi tam… Z tym gównem, z prowokacjami! Nie chcecie?!
Uliana milczała, Kriska pochlipywała. Anatolij Siergiejewicz skinął im gorzko głową: jasne, któż by chciał.
Wytrząsnął z paczki papierosa, za pierwszym razem nie udało mu się go odpalić. Siedział, patrzył na popękany asfalt i mrówki. Dziewczyny stały w milczeniu, wymieniając spojrzenia. W końcu dopalił i pstryknięciem posłał niedopałek w powietrze.
— Obie jesteście, kurwa, zwolnione.