Tłumaczenie wygenerowane przez AI · Rosyjski oryginał

← Spis treści

Dmitrij Głuchowski · Rejestracja

12.

Uliana obudziła się z poczuciem, że śniło jej się coś cudownego, coś magicznego; zaczęła próbować złapać to uczucie za ogon, a kiedy jej się udało, zrozumiała: przecież to nie był sen! Wczoraj zyskała nową supermoc i dziś jeszcze jej nie straciła, wciąż ją miała. Wielkie dzięki wujkowi Maksimowi, że pomógł jej udowodnić twierdzenie. Wczoraj zobaczyła, jak biegał z podpalonym tyłkiem, i uwierzyła we własne siły. Zrozumiała, że jej plan może się udać.

Naszkicowała brudnopis z pomocą czatbota, potem przepisała go do notatek w telefonie, a później jeszcze raz, odręcznie, żeby podczas rozmowy nie dawać mu swojego komórkowego. I teraz Uliana miała już kartkę złożoną na pół, w kratkę, jak na szkolnych sprawdzianach, a na niej wypracowanie:

„Do Zarządu Federalnej Służby Bezpieczeństwa Rosji w Moskwie.

Wniosek.

Ja, Uliana Konstantinowna Carewa, numer paszportu taki a taki, wydany wtedy i wtedy przez taki a taki organ, zameldowana pod takim a takim adresem, pragnę poinformować o wykrytych przeze mnie przypadkach korupcji i wymuszenia w filii nr 3 Federalnej Państwowej Instytucji Budżetowej «3. Centralny Wojskowy Szpital im. A. A. Wiszniewskiego» Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej, mieszczącej się pod adresem: obwód moskiewski, miasto Odincowo, ul. Marszałka Biruzowa 1.

Oświadczam, że kierownictwo szpitala, a konkretnie zastępca naczelnego lekarza, Artur Iwanowicz Kowalow, prawdopodobnie za wiedzą i przy udziale naczelnego lekarza, Aleksieja Aleksiejewicza Timofiejewa, wymusza na mnie łapówkę w wysokości 1 000 000 (jeden milion) rubli za zawarcie małżeństwa między mną a moim narzeczonym, uczestnikiem Specjalnej Operacji Wojskowej, ciężko rannym podczas wykonywania zadania bojowego i obecnie leczonym we wskazanej filii nr 3 Federalnej Państwowej Instytucji Budżetowej «Centralny Wojskowy Szpital Kliniczny im. Wiszniewskiego», Aleksandrem Witaljewiczem Łazarenką. Chociaż jako narzeczonej uczestnika Specjalnej Operacji Wojskowej przysługuje mi prawo, zgodnie z artykułem 27 ustawy federalnej nr 143-FZ «O aktach stanu cywilnego», do zarejestrowania małżeństwa w dniu złożenia wniosku, gdy zwróciłam się z taką prośbą do A. A. Timofiejewa, odmówił mi, powołując się na obłożenie urzędu stanu cywilnego i personelu szpitala, a później zażądał łapówki w zamian za zgodę i pomoc w zarejestrowaniu małżeństwa.

Podczas gdy nasi żołnierze, wśród nich mój narzeczony A. W. Łazarenko, ryzykują życie i przelewają krew, żeby osiągnąć cele Specjalnej Operacji Wojskowej, zgodnie z rozkazem naszego prezydenta W. W. Putina, tacy ludzie jak A. I. Kowalow i A. A. Timofiejew podczepili się pod nas i wysysają naszą krew, wymuszając pieniądze od rodzin uczestników Specjalnej Operacji Wojskowej. Jestem w ciąży z A. W. Łazarenką i mam pełne prawo zostać zarejestrowana jako jego prawowita żona, by wychować jego dziecko, a A. I. Kowalow odmawia mi tego prawa. To bezprawie w szpitalu resortowym Ministerstwa Obrony i rażący przypadek korupcji.

Proszę o niezwłoczne przeprowadzenie śledztwa w sprawie A. I. Kowalowa i A. A. Timofiejewa oraz ukaranie ich z całą surowością prawa. Do niniejszego wniosku załączam nagrania rozmów z wymienionymi osobami oraz moje USG macicy.

Z poważaniem, U. Carewa”

Za pierwszym razem nie udało jej się tego odręcznie napisać, prawie od szkoły nie pisała, palce odzwyczaiły się od tego. Zaczynała, psuła, gniotła kartkę, zaczynała od nowa. Potem trochę popisała, poszło lepiej, w ostatecznej wersji pomyliła się w literach tylko parę razy, ale to nic, poprawiła, rysując po nich grubiej.

I tak wyglądało to poważnie, imponująco. Uliana czytała tekst na nowo i kiedy tylko dostrzegała w nagłówku litery „FSB”, przez jej ciało przebiegał lekki dreszcz.

Nigdy dotąd nie budziła w nikim strachu, nie umiała tego. A wczoraj się nauczyła. I, szczerze mówiąc, okazało się to zajebiście wspaniałym uczuciem. Jakby odtąd mogła dostać w życiu wszystko, czego zechce. Prawie jak szczęście. Albo jak trzy tequile wypite jedna po drugiej.

Teraz moskwianki kompletnie ją gówno obchodziły. Nawet się z nimi rano nie przywitała. Niech sobie grzebią, niech sobie grzebią, niech ją hejtują, niech hejtują.

Uliana biegła do metra i odrywała się od asfaltu.

Na wszystkich pasażerów w metrze patrzyła zuchwale. Wielu, nawet facetów, gdy napotykali jej wzrok, chowało się z powrotem w sobie, jak ślimaki, którym strzelić w czułki. Wcześniej często marzyła, żeby stać się niewidzialna, a teraz niech inni udają niewidzialnych.

Ona sama niczego się teraz nie bała — ani tego, że matka Saszy kręci się już gdzieś w okolicy, ani tego, że Artur Iwanowicz jej nie uwierzy. Wszystko było teraz w jej zasięgu, ze wszystkim mogła sobie poradzić. Ależ odlot, jak u wiedźmy na miotle.

Dzyń! — napisała do niej Kristinka: „Wyobraź sobie, co”.

Ulianę tak rozpierało, że od razu sama zadzwoniła do Kris. Chciała podzielić się tym wszystkim, chciała podłączyć Kristinkę do tego prądu. Od razu włączyła wideorozmowę. Kris nie była jeszcze umalowana, trochę opuchnięta po spaniu — albo od płaczu. Siedziała w kuchni w ogromnym męskim T-shircie.

— Hejkaaa!

— Jak się trzymasz? — uśmiechnęła się do niej Kristinka.

— Super.

— O! Super? A jak Sasza? — spytała Kris.

— Wszystko będzie dobrze — oznajmiła pewnie Uliana. — Właśnie go operowali.

Bo mogła podzielić się swoją mocą także z nim. Zmusić lekarzy, żeby go wyleczyli.

— No, fajnie. A ja tu… Wiesz, czego się dowiedziałam.

— No dawaj?

— Anatolij Siergiejewicz naprawdę zamknął salon i wystawił go na sprzedaż. Przez bankructwo. Razem ze wszystkimi gratami i sprzętem.

— No nie gadaj!

— No tak. Pozamiatane, kurwa.

— No co. W końcu się nas dozwalniał.

— Mniej więcej.

— Pamiętasz, jak wtedy na nas wrzeszczał?

— Tego się nie da zapomnieć. I jeszcze bez odprawy.

— Czyli dopadła go karma?

— Na to wygląda.

— A za ile… Sprzedaje?

— Chyba trzy siedemset. Trzy miliony. W chuj dużo.

— No tak, w chuj dużo, oczywiście… Ale jednak to był porządny biznes.

— Kiedyś — przypomniała Kris i zachichotała.

Uliana nagle wyobraziła sobie, że wraca z Moskwy do domu jako zwyciężczyni, już zupełnie innym człowiekiem, i wykupuje swój dawny salon masażu. Nie po to, żeby teraz tam siedzieć i całymi dniami gapić się w chemicznie błękitny ocean, tylko żeby być jego właścicielką. Ależ to byłby zwrot akcji. Ależ zwrot!

— A ty jak tam? — spytała Kristinkę. — Co z tym twoim facetem?

— Niech się smaży w piekle — spróbowała się uśmiechnąć.

— Święta prawda — uśmiechnęła się do niej Uliana. — To jego koszulka, co?

— A czyja.

— Ty moja słodka króliczko.

— A ty moja.

— A co z pracą?

— No… Szukamy.

— Nie cykaj. Jeszcze wszystkim damy popalić. Wyruchamy ich i wysuszymy — obiecała jej Uliana i na pożegnanie cmoknęła ekran.

Odłożyła telefon i spojrzała za okno. Autobus utknął w korku. Stali na węźle z obwodnicą MKAD. W jedną stronę ciągnął się milion samochodów, w drugą też. Zepsuty klimatyzator wciągał do środka spaliny z ulicy. Od słodkawego dymu robiło jej się niedobrze.

A gdyby tak spojrzała Anatolijowi Siergiejewiczowi prosto w twarz i powiedziała: „To ja wykupuję pana salon” — na pewno by go wykrzywiło. A w Moskwie, wśród tych ich niedostępnych ludzi, Uliana też może jeszcze stać się swoja — i to bez problemu! A co dopiero w Wołogdzie, jeśli tam wróci — wszystko jasne, mogłaby całą Wołogdę kręcić sobie na chuju, jak królowa.

• • •

Głowa bolała ją jeszcze przez sen i zaraz po otwarciu oczu. Mimo to Tatiana wstała dokładnie wtedy, gdy zadzwonił budzik nastawiony na wpół do szóstej rano, nie pozwoliła sobie dłużej spać. Było, jak było.

Założyła mankiet ciśnieniomierza na obwisłe ramię i gumową gruszką napompowała rękaw. Rozczochrany Witalia siedział ze stetoskopem — mierzyli po staremu — i przez oplute okulary wpatrywał się w tarczę jak uczona makaka. Wyszło 170 na 110, Tatianie się to nie spodobało, kazała mu zmierzyć jeszcze raz. Zmierzyli i wyszło tyle samo.

— Wysokie, Taniu — Witalia spojrzał na nią błagalnie znad swoich małpich okularów. — Uważaj, znowu cię jeszcze chwyci.

— I tak pojadę — odpowiedziała stanowczo. — Albo ona nas zostawi na ulicy.

— No to ja chyba też z tobą pojadę — postanowił. — Sama nigdzie mi nie pojedziesz.

— Tego jeszcze brakowało. Na wszystko trzeba pieniędzy — sprzeciwiła się Tatiana. — A co z dziećmi?

— Same sobie posiedzą.

Tatiana spojrzała na Witalię, na jego białawe włosy tworzące wianuszek wokół łysiny, na jego przejrzyste oczy, na rzadkie, pożółkłe od papierosów i herbaty zęby, na brwi ściągnięte z powagi, i nagle poczuła wdzięczność. To było nieznane, zapomniane uczucie. Samej jej też było straszno jechać tak w nieznane. Od Witalii pożytku będzie tyle co z koziego mleka, ale przynajmniej nie będzie sama.

— No dobra — powiedziała do niego gniewnie. — Zbieraj się.

Swietka i tak ostatnio nie kupiła jej żadnych biletów. Wszystko trzeba było załatwiać samemu. Witalia nie umiał zamawiać przez telefon, więc pojechali razem na dworzec, kupić bilety w kasie. Tak się złożyło, że dotarli na długo przed odjazdem. No więc usiedli w kawiarni, a Witalia wziął sobie piwo.

— A jak tam w ogóle operacja? — spytał. — Nie wiadomo?

— Nie mogę się dodzwonić. Na intensywnej terapii nie odbierają. — Tatiana przysunęła do siebie jego butelkę i sama pociągnęła porządny łyk: gorzkiego, zimnego piwa. — No, jak już przyjedziemy, to nam powiedzą.

— Taniu… Tobie chyba nie powinno się… Tego z procentami. Lepiej wody.

— Sama wiem.

Tłuste muchy łaziły po stole i też piły piwo z kałużek. Odganiasz je, a po sekundzie znów siadają. Tatiana machnęła ręką i złapała jedną w pięść, wprost w powietrzu. Złapała ją i zmiażdżyła. Wyrzuciła, wytarła dłoń o letnią sukienkę. Mucha jeszcze chwilę pokręciła się na podłodze, pobzyczała, potem opadła z sił i zdechła. Pozostałe muchy niczego się z tego nie nauczyły.

Podstawili pociąg, więc z Witalią pospieszyli do swojego wagonu. Wsiedli i usiedli. Witalia zaczął wyglądać przez okno, to go interesowało. A Tatiana znów wzięła telefon do ręki. Otworzyła rozmowę z Ulianą. Tamta nie raczyła już nic więcej napisać. Wszystko urwało się na „żmijce”.

A żmija z niej i tyle, powiedziała sobie stanowczo Tatiana. Ty ją wychowywałaś? Ty ją karmiłaś piersią? Ty ją leczyłaś z różyczki, smarowałaś jej zielonką krosty po ospie, przez całe przedszkole zmagałaś się z jej niekończącymi się zapaleniami oskrzeli, stawiałaś jej bańki i gorczyczniki, czy nie? Ty siedziałaś z nią nad lekcjami, kto ją w drugiej klasie uczył na pamięć całego „Wujka Stiopy” Michałkowa — na pewno nie ty! Kiedy połamała się, skacząc z garaży, głuptas, to ty woziłaś ją po szpitalach, żeby kości dobrze się zrosły? Ty z nią walczyłaś i biłaś się, kiedy w ósmej klasie nie mogła zdać szkolnych egzaminów? Ty wydzierałaś ją osiedlowym chuliganom, kiedy zaczęła z nimi palić zielsko? A kiedy milicja trzymała ją trzy doby i tak ją stłukli, że nie zostało na niej zdrowe miejsce, kto ją wykupił? Na pewno nie ty! Nie, ty to pewnie zjawiłaś się na gotowe jak sęp. Swoją cipką ją zwabiłaś, też mi wielka sztuka; ona znowu nie była taka rozchwytywana, więc się ucieszyła. Nie ma mowy. To my, my ją wychowaliśmy, my ją ukształtowaliśmy, myśmy ją karmili i poili, myśmy jej rozum do głowy wkładali, więc to my mamy tu decydować. Dla ciebie to zdobycz, złapałaś ją, żeby nie zostać starą panną, a dla nas to krew z krwi, nasza Saszeńka, nasza nadzieja i oparcie. I posłaliśmy ją, tak, do służby, bo sami już nie dawaliśmy rady; inaczej spędzilibyśmy resztę życia, co nam zostało, w tej norze. Mieliśmy dożyć emerytury, czy co? Człowiek całe życie haruje, garbi się, a wdzięczności i tak się nie doczeka. I co, Tatiana ma ze swoim ciśnieniem, z tymi przełomami, kopać ziemniaki, żeby na starość nie zdechnąć z głodu? Tak ma być? Za czasów radzieckich nikogo przecież nie zostawiali, nie żądali pieniędzy za lekarzy ani takich kwot za leki, a z emerytury dało się jakoś żyć po ludzku. A co mają teraz robić starzy ludzie? Dobrze chociaż, że pamiętają o wojskowych, że są im wdzięczni, Putin ciągle o nich mówi, że to obrońcy, i jeszcze wspiera ich pieniędzmi. Tak właśnie powinno być, państwo ma taki obowiązek, przecież w nim żyjemy, dla niego wychowujemy naszych synków, dla niego kształcimy bohaterów, żeby służyli ojczyźnie, pilnowali granic, bronili nas tutaj. I Sasza poszedł, poszedł za nas, a nie za tę puszczalską, poszedł, żebyśmy na starość mieli spokój, dla matki i ojca. On przynajmniej zrobił to, co trzeba, a co by osiągnął jako cywil? Pewnie zdążyłby się zaćpać, i tyle. I na pewno nie rwałaby się do ślubu z nim, gdyby nie te wielkie pieniądze, nawet w ciążę by nie zaszła, znamy takie. Nie ma mowy! Spadaj, wiesz dokąd!

Witalia oderwał wzrok od okna. Spojrzał na Tatianę. Zawahał się.

— Pamiętasz, Taniu, jak Sasza spadł z garaży?

— Nie spadł, tylko skoczył.

— No, skoczył.

— I co?

— Biegali wtedy, chyba, w wojnę się bawili. Z chłopakami z tamtego domu. Miał jeszcze biały karabin z przyssawkami.

— No pewnie, że pamiętam. A kto go zawiózł do szpitala?

Witalia podrapał się po szczecinie, przypomniał sobie.

— Do szpitala ty. A do domu przyprowadziłem go z ulicy. Skacze na jednej nodze, trzyma się mnie i popłakuje, a ja mu jeszcze mówię: nie rycz, bądź mężczyzną. A potem sobie przypomniałem: „Gdzie twój karabin, Sasza?”. A on na to: „Zgubiłem”. „To chodźmy szukać”. „Nie pójdę”. „Jak to nie pójdziesz? Przecież karabin kosztuje!”. „I tak nie pójdę, tato. Bo ta zabawa jest głupia”. No i tyle.

Wagon nagrzał się na słońcu, a okna nie dało się otworzyć — nowoczesny skład, z klimatyzacją, tyle że klimatyzacja też nie działała. Jechali jak w komorze gazowej. Stare wagony były lepsze. Weszła konduktorka, żeby jeszcze raz sprawdzić bilety. Tatiana poskarżyła jej się na duchotę. Tamta tylko rozłożyła ręce i zaproponowała wodę mineralną. Zamówili wodę, żeby chociaż popić nią tabletki.

— Pamiętam ten jego biały karabin — wysapała Tatiana, wachlując się kartą wagonu-restauracji. — Potem poszedł i wszystko znalazł. Ten karabin leżał u Danki Winogradowa w domu.

• • •

Ale kiedy zapowiedziano przystanek „Szpital”, cały animusz Uliany nagle, nie wiedzieć czemu, wyparował. Nagle zaczęło jej się wydawać, że jej plan jest idiotyczny, a planu awaryjnego nie ma. Rano napisała Arturowi Iwanowiczowi, że wszystko zebrała, że znaleźli się dobrzy ludzie, poprosiła o spotkanie; on znalazł dla niej czas i pocieszył ją, że Sasza żyje. A jechała bez pieniędzy, mając tylko kartkę w kratkę. A jeśli jej nie uwierzy? Albo powie: „Wysyłaj sobie to podanie, gdzie chcesz, niech tam się tym zajmą”. I co wtedy? Jak długo będą to wyjaśniać? Pewnie mają teraz taki natłok spraw… Terroryści, ukraińscy dywersanci, różni ci zagraniczni agenci, na wszystkich nie starcza czasu. Ile minie, zanim przyjdzie kolej Uliany… A jeszcze pokłóci się teraz z Arturem Iwanowiczem, a przy okazji z naczelnym lekarzem — jak potem to wszystko odkręcić?

Nogi zaczęły się pod nią uginać jak u pluszowej zabawki, trudno jej było iść, chciała oprzeć się o ścianę i tam usiąść. A trzeba jeszcze wejść po schodach, do gabinetu Artura Iwanowicza. Ale musiała tam pójść, nie miała dokąd indziej. Albo to, albo powrót do Wołogdy z gołym chujem i zrujnowaną. Ruszyła więc, człapiąc na pluszowych nogach.

Uliana zaczęła czekać, aż ją wezwą, i pocić się; czekając, patrząc na umęczone twarze innych kobiet, wypociła z siebie resztki zuchwałości. Poczuła mdłości. A miała nadzieję, że ją to ominie, że uda jej się przejść ciążę bez tych wszystkich atrakcji.

— Carewa!

Uliana otrząsnęła się. Już! Nie wolno mu pokazać, że ma choćby odrobinę wątpliwości. Jeśli sama teraz nie uwierzy na nowo, że może zetrzeć go w proch, Artur Iwanowicz na pewno jej nie uwierzy. W końcu właśnie w tej dziedzinie jest zastępcą naczelnego lekarza — od spraw ludzkich. Powinien się na tym znać.

Wyprostowała szerokie ramiona. Przypomniała sobie, jak wczoraj wykręcało wujka Maksima, jak ciocia Marina się przymilała, pomyślała o Anatoliju Siergiejewiczu i Wołogdzie, i znowu nabrała energii. Weszła, nawet nie zapukała.

— Dzień dobry — Artur Iwanowicz uśmiechnął się do niej życzliwie, po swojsku. — Właśnie dowiadywałem się o pańskim Łazarence.

— I jak on?

— Na razie nie zalecają go budzić. Operacja była ciężka. Tak że wszystko się u pani układa. Robi pani, co trzeba, może pani być spokojna.

— Rozumiem.

— No, i dobrze.

Znów podszedł do drzwi, znów sprawdził zamek. Może miał taki rytuał. Usiadł naprzeciwko.

— Udało się pani?

— Udało. Milion, zgadza się?

— Wszystko się zgadza. Ma pani w torbie, tak? Proszę po prostu zostawić torebkę pod stołem i tyle. A potem, powiedzmy, koło drugiej, trzeciej, proszę wrócić tutaj do mnie. Przyjdą tu wtedy pracownicy urzędu stanu cywilnego i załatwimy formalności. Nie tego samego dnia, oczywiście, ale biorąc pod uwagę nasze obłożenie… Zgoda?

Cały Artur Iwanowicz był teraz ciepły i mięciutki. Ktoś taki powinien pracować jako pediatra, a nie w wojskowym szpitalu.

— A ja nie mam tego w torbie — powiedziała Uliana. — Mam tutaj.

Wyjęła z torebki złożoną kartkę i podała mu. Artur Iwanowicz zmarszczył brwi, zawahał się, ale wziął kartkę. Rozłożył ją. I ledwie zobaczył nagłówek pisma, twarz zdrętwiała mu i wygładziła się jak po botoksie. Zgasły wszystkie promyczki wokół oczu.

— Co za bzdury — powiedział, gdy doczytał do końca.

I kaszlnął — najwyraźniej zaschło mu w gardle, nie mógł się powstrzymać. Uliana to zauważyła i trochę się rozweseliła.

— Wszystko mam nagrane w telefonie. Wszystkie rozmowy. I z panem, i z Aleksiejem Aleksiejewiczem.

Wtedy wziął jej pismo i przedarł na pół, potem jeszcze raz, i jeszcze raz. Podarł je i wyrzucił do kosza. Uśmiechnął się do Uliany. Tylko ten jego uśmieszek jakoś się nie kleił.

— To tylko tak, żeby łatwiej się panu czytało. Teraz można złożyć wniosek na stronie, prosto na stronie FSB. Jest tam specjalne okienko, wkleja się tekst i można od razu dołączyć pliki — wyjaśniła.

— I co ty myślisz — powiedział jej Artur Iwanowicz tym samym swoim dobrotliwym tonem, tylko znów zachrypnięty — kto ma lepsze układy w FSB, ty czy my? Kogo posłuchają? Jak ci się wydaje?

Uliana wzruszyła ramionami. Nie odrywała wzroku, przewiercała nim Artura Iwanowicza. Czuła, jak z dna znów podnosi się w niej cały męt, który wzburzył — zupełnie jak wujek Maksim wczoraj i przedwczoraj. Budziła się w niej taka okrutna żądza walki.

— Wiem jedno — zaśpiewała. — Możecie mieć tam jakie chcecie układy, ale tutaj państwo stoi po mojej stronie. To ja mam rację. Mój narzeczony umiera, a pan wyciska ze mnie kasę. A on walczył. Nie ma innej opcji.

— Nie ma innej opcji? Tak myślisz? — Artur Iwanowicz pokręcił głową. — Słabo sobie, moja droga, wyobrażasz całą sytuację.

— No to pójdę. Wyślę to. — Uliana wstała. — I tak nie mam pieniędzy, więc nie mam czego stracić.

— Masz. Uwierz mi, masz co stracić.

Tym razem powiedział to innym tonem, już nie życzliwie. Uliana domyśliła się, o co mu chodzi, i pomachała przed Arturem Iwanowiczem swoim telefonem.

— A tę rozmowę też nagrywa mi dyktafonik.

Zaczęła szarpać zamek w drzwiach. W uszach jej dudniło, w ustach zebrała się kwaśna ślina — zaraz zwymiotuje. Klucz wyślizgiwał jej się z rąk. Czas stanął.

— Stój — rozkazał jej.

— Co? — Uliana odwróciła się.

— Musimy się skonsultować. Może uda nam się znaleźć jakieś rozwiązanie. W drodze wyjątku — mówił powoli, jakby jednocześnie nadal się zastanawiał. — Ty… Przejdź się na razie po terenie. Nie wyjeżdżaj. Spróbujemy jeszcze coś załatwić.

I oto znów głos mu się ocieplił, znów chciał Ulianie pomóc. W oczach znowu rozbłysły mu promyczki-zmarszczki.

— Tylko proszę nigdzie nie odchodzić, dobrze? Uliano Konstantinowna. Bo jeszcze potem będziemy panią szukać!

• • •

Dosłownie jakby pośrodku salonu stała trumna, a w niej leżał wystrojony nieboszczyk, przy którym nie wolno było ani żartować, ani głośno rozmawiać. Taka właśnie atmosfera panowała od rana w mieszkaniu.

Zanim Maksim wybrał się do toalety, nasłuchiwał: kto już wstał, kto jest w korytarzu, kto w kuchni? Nie chciał się z nikim przeciąć — ani z Ulianą, ani z Mariną, ani z Kiryłem. Zwłaszcza z Kiryłem, po tym niezręcznym policzku, który mu wymierzył. Było mu potwornie wstyd, tym bardziej że nigdy, poza symbolicznymi klapsami we wczesnym dzieciństwie, nie pozwalał sobie na nic takiego wobec syna. A przed oczami wciąż stawała mu twarz Kiriuchy — przestraszona i urażona, kiedy go uderzył. Jakieś zaćmienie go dopadło.

Po tym z Mariną już nie rozmawiali, całą noc milczeli obok siebie. Nad ranem zaczęło mu się wydawać, że już nigdy nie nauczą się ze sobą rozmawiać. A mimo to nie potrafił zmusić się do zrobienia pierwszego kroku. Zamiast tego znowu zamknął się w toalecie i przeciągał tam czas, żeby w końcu dojedli w kuchni, a sam wertował „Mediazonę” i „Meduzę”. Czytał, czytał, czytał, aż stanęło mu to kością w gardle.

— Łatwo wam stamtąd pierdolić — powiedział do nich na głos i odrzucił telefon na dywanik.

Ktoś zapukał do drzwi, ostentacyjnie i z rozpaczą. Maksim nawet się ucieszył: mógł przerwać tę durną zabawę w milczenie.

— Człowiek nie może spokojnie skorzystać z kibla?! — krzyknął.

— Tak się składa, że nie mieszkasz tu sam — odparła chłodno Marina zza drzwi.

No proszę, lody puściły. Można było wyjść.

Ale nadal nie potrafił zmusić się, żeby spojrzeć na Kiryła, a tamten też nie chciał spotkać się wzrokiem z ojcem. Dzisiaj jakoś się garbił, cała jego postawa gdzieś przepadła. Maksim to zauważył i nagle zachciało mu się płakać: jakby jako chłopiec długo i starannie budował z piasku wspaniały, ogromny zamek, po czym niezdarnie się obrócił i sam zburzył najwyższą, najdelikatniejszą wieżę.

Westchnął.

— Kirył — powiedział Maksim. — Chcę cię przeprosić.

— Okej — odparł tamten, zawzięcie przewijając instagramowe filmiki.

— Może… Może cię podwiozę, co? Dokąd tam jedziesz? Pojedźmy razem.

— Przecież musisz do pracy. Nie trzeba.

— No, spóźnię się. W końcu jestem dyrektorem szkoły.

— Co?

— Taki dowcip.

— To nie po drodze. Łatwiej mi metrem.

— Mnie pasuje.

Kirył pomilczał, cmoknął. Wciągnął powietrze przez nozdrza. Ale na ojca nie spojrzał.

— No okej.

Wsiedli do samochodu, wycofali z miejsca parkingowego i ruszyli Leninskim Prospektem, przez miasto poturbowane przez huragan. Pomarańczowi robotnicy komunalni oblepiali powalone drzewa, rozciągali je na kawałki, szorowali brud szamponem, spieszyli się, żeby najpóźniej do obiadu w Moskwie znowu wszystko było idealne.

Kirył nic nie mówił. Na jego telefonie migały kadry z imprez, ponętnie wyginały się ponętne panienki w kostiumach kąpielowych, czasem zatrzymywał filmik, żeby po cichu posłuchać opatrzonych napisami fragmentów występów stand-uperów, ale się z nich nie śmiał.

— No, mógłbyś też trochę… przystopować z tą swoją niekończącą się zabawą, szczerze mówiąc — powiedział niezręcznie Maksim.

— A co, komuś to przeszkadza, czy jak? — Nie odrywał wzroku od ekranu. — Tobie, czy jak? No to się wyprowadzę.

— Ale co to ma do rzeczy!

— No to co ma do rzeczy?

— Martwimy się o ciebie, wiesz… I ja, i matka.

— A co takiego może mi się stać, ciekawe? — Kirył spojrzał na niego.

— Po prostu nie rozumiem tej obsesji na punkcie klubów, barów… Może mi wyjaśnisz? Doprowadzasz się do szału.

Kirył uśmiechnął się krzywo i znów wbił wzrok w telefon.

— To po prostu życie, tato. Moje życie. Mogę sobie pożyć?

— A nie myślisz o tym, jak to drażni niektórych ludzi? Tych, którzy tam… na wojnie.

— I jeszcze mam teraz o nich myśleć? Obrażanie uczuć uczestników SVO? Serio?

— Nie, ja… — Maksim nie wiedział, jak to powiedzieć.

— Co, chodzi ci o Ulianę? — domyślił się Kirył.

Maksim skinął nieokreślenie głową i mocniej zacisnął dłonie na kierownicy.

— No i co ona niby zrobi?

— Wszystko, Kirył. Ona nie jest sobą, rozumiesz? Jest w takiej sytuacji, że… Jak by to… Dosłownie puściła jej śruba. I po co, po co powiedziałeś jej o wezwaniu?

Kiriucha wreszcie oderwał się od komórki. Na ekraniku wciąż ktoś stroił miny.

— Ona was nastraszyła, czy co?

— Nie o to chodzi!

— To o co? — uśmiechnął się Kirył. — Co się niby jeszcze zmieniło?

— Może sam chcę zrozumieć, czym cię tam tak ciągnie! No czym? I jeszcze ci się to nie znudziło!

Kirył odwrócił się do niego i spojrzał jak na obcego.

— A co mam robić? Siedzieć w domu i trząść się ze strachu, czy jak? Tato! Nie rozumiesz, że właśnie tego chcą? Chcą, żebyśmy albo walczyli, albo salutowali hitlerowskim pozdrowieniem, albo siedzieli po domach, szczali ze strachu i się szykowali. Żebyśmy nie żyli, kurwa! A tylko to możemy — żyć!

Maksim zdjął prawą rękę z kierownicy, wyciągnął ją w stronę Kiryła i dotknął jego dłoni — ale tamten ją cofnął.

• • •

Są takie chińskie pułapki na karaluchy: pudełko, w środku coś słodkiego, karaluchy wpełzają do środka, przyklejają się i tam się trują. Wygodna pułapka. Napełni się — wyrzucasz. Uliana miała taką w piwnicy, w gabinecie masażu, kupiła sobie. A teraz, wygląda na to, sama w taką wpełzła. „Niech pani nigdzie nie odchodzi, Uliano Konstantinowna. Najważniejsze, żeby pani nigdzie nie wypełzła, bo potem jeszcze będziemy pani szukać. Jak pani myśli, kto ma lepsze kontakty w FSB?”

No więc Uliana usiadła i czekała, aż się okaże, co będzie, prosto na szpitalnym dziedzińcu, na wolnej ławce obok rozłożystego świerku. I tak nigdzie przed nimi nie ucieknie, a jeśli postanowią ją przydeptać, to wszędzie ją znajdą i przydepczą. Nie, trzeba odwrotnie — siedzieć im na widoku, działać na nerwy, pokazywać, że Uliana się nie boi, że ma nierówno pod sufitem. Niech to oni się zastanawiają!

Wszystko będzie dobrze.

Trzeba tylko w siebie wierzyć. Wystarczyło, że Uliana w siebie uwierzyła, a świat od razu zaczął lepić się zgodnie z jej życzeniem, jak rozgrzana plastelina, dokładnie jak mówią w transurfingu rzeczywistości. Wystarczy po prostu zamanifestować, że wszystko jej się uda. Że Artur Iwanowicz pęknie i ustąpi, że dzisiaj ich pobiorą, że Saszę niedługo wypiszą, że wystarczy im pieniędzy na dwupokojową kawalerkę w Odincowie, że jakoś sobie tutaj ułożą życie, ściągną mamę, wojsko da mu protezy i zaczną prowadzić mniej więcej normalne, ludzkie życie. Sasza oczywiście się zdziwi, kiedy się ocknie i odkryje, że Uliana jest już jego żoną, ale przecież sam się na to zgodził, więc w gruncie rzeczy nie ma tu żadnego oszustwa. Ba, sam będzie się cieszył, Sasza, przecież ucieszył się, kiedy zobaczył USG, a na USG swojego dziedzica.

Trudno było manifestować bez obrazków, więc Uliana trochę oszukiwała, żeby było łatwiej. Otworzyła CIAN, przekopała się przez oferty, poszukała mieszkań na swoją kieszeń. Znalazła jedno — kawalerkę w nowym budynku, nie w samym Odincowie, tylko trochę dalej, za to całe osiedle nowe, place zabaw po prostu kosmiczne. Remontu wprawdzie nie ma, wszędzie beton, ale za oknem zielony zagajnik. Zacisnęła oczy, chciała wyobrazić sobie Saszę na wózku inwalidzkim przy oknie — i nic z tego, Sasza się nie materializował. Wtedy przesunęła do kolejnego mieszkania. To było stare, podniszczone, ewidentnie po jakichś pijakach, ale miało już przyzwoitszy metraż i widok na podwórko; na podwórku sterczały chruszczowki, więc to też musiało być mieszkanie w chruszczowce, trudno, za to była osobna sypialnia i jeszcze mały pokój, coś w rodzaju saloniku. To znaczy, że Sasza mógłby na przykład spać w sypialni, a Uliana, jeśli trzeba, w saloniku; jest się gdzie rozdzielić, a to jednak nie takie trudne — w kawalerce, jeśli co, zostaje jej tylko siedzieć w kuchni, a w studiu nie ma już gdzie, choć brzmi to nowocześnie. Spróbowała zamanifestować sobie życie rodzinne w tej chruszczowce, ale znowu nie wyszedł jej Sasza — tylko jakiś tobołek w prześcieradłach na łóżku, jak z horroru. Uliana szybko otworzyła oczy, przestraszona, że to się zmaterializuje. No dobrze, a tu niedaleko od samego szpitala mieszkanie, kawalerka, ale można się wprowadzać choćby teraz, zaraz po wypisie, i wysoko piętro, a z okna widać — właśnie szpital, widać go jak na dłoni, tam jest betonowy płot z prefabrykatów, zwieńczony drutem kolczastym, tam portiernie, a tam główny budynek. Jest tu loggia, mogłaby wywozić Saszę na loggię, żeby pooddychał świeżym powietrzem, póki ona zajmuje się dzieckiem… Ale Sasza uparcie nie chciał jej się wyobrazić, nie chciał wprowadzić się do tego mieszkania, nie mieścił się na loggii. Ulianę ścisnęło w dołku: wcześniej oglądanie mieszkań było jak żucie słodkiej gumy, nawet jeśli żołądek był pusty, to przynajmniej czuła smak. A teraz coś się rozregulowało, wyobraźnia odmówiła posłuszeństwa, od tej pustej słodyczy zaczęło ją mdlić. Pewnie jednak poranne mdłości.

Zerwała się i zaczęła biegać po dziedzińcu, jakby chciała wyrwać się z zatrutej melasy, ale łapki grzęzły, plątały się, sklejały. Na co oni czekają? Przecież Tatiana też już pewnie jedzie, w dudniącym pociągu, i niedługo będzie na Jarosławskim, a może już przyjechała, może już jest w autobusie, a może nawet jedzie taksówką, pędzi tutaj, żeby w ostatniej chwili wszystko Ulianie odebrać, wszystko unieważnić. Nie, nie, nie wolno o tym myśleć, żeby choć to się nie zmaterializowało. Niczego nie zdąży zrobić, zaraz wszystko będzie dobrze, wszystko będzie tak, jak Ulianie trzeba.

Powiedziała na głos: „Niech wszystko będzie po mojemu”, znowu mocno zacisnęła oczy i cicho zamruczała, tak jak robiła w dzieciństwie, kiedy wypowiadała życzenia. Mruczała tak chyba z minutę, a potem zadzwonił jej telefon. Aż drgnęła.

Dzwoniła mama.

— Uliasz…

— Teraz nie mogę, mamo. Czekam na telefon.

— Jak tam, córeczko? — zapytała mięciutko, aż nazbyt mięciutko.

— Tak sobie. Z Saszą kiepsko.

— Oj, oj. Słuchaj… Dzwoniła do mnie ciocia Marina. Mówi, że się z nią pokłóciłyście.

— Jeszcze się z nią nie pokłóciłyśmy, mamo. To oni z wujkiem Maksimem postanowili pouczać mnie, jak mam żyć.

— Mówi, że grozisz, że złożysz na nich zawiadomienie… Przez Kiriuszę. Nie mówiłaś czegoś takiego, słoneczko?

Uliana pomilczała. Pierwsza myśl: powiedzieć mamie, że żartowała. Po prostu ją uspokoić, bo głos matki nie był surowy, tylko błagalny, pełen żalu. A potem się zastanowiła: to przecież oni, wujek z ciocią, chcą wywrzeć na nią nacisk przez matkę, przez jej siostrzaną miłość do cioci Mariny, przez przyjaźń z dzieciństwa — wślizgnąć się do Uliany głosem matki, podstępnie, wzruszyć ją, zawstydzić, zmiękczyć i zmiażdżyć. Mama jeszcze niczego takiego nie zdążyła powiedzieć, a Uliana już wszystko usłyszała. Usłyszała najważniejsze: że oni się boją, że potraktowali ją poważnie, wujek i ciocia, i teraz przez mamę proszą o rozmowy. Połknęli haczyk, a on drażni ich wnętrzności. Chcą wrócić do przeszłości, w której nie było strachu ani wątpliwości. W której byli ważniejsi i silniejsi. Mądrale.

A gówno.

A niby dlaczego miałaby ich zdejmować z haczyka? Niech sobie posiedzą. Przyjemne było to uczucie, kiedy zaczęli się krzątać i biegać w tę i z powrotem. Przyjemne uczucie, kiedy chodzili na paluszkach we własnych pałacach. A za to, że próbowali dopaść ją przez matkę, sukinsyny, trzeba was ukarać jeszcze surowiej.

— No, powiedziałam.

— No co ty, Uliasz? To przecież rodzina! Jak tak można? Przecież u nich mieszkasz…

— A właśnie tak — ucięła Uliana. — Powiedziałam, mamo. Tak było. A wiesz, jak się nazywa to, co ona robi? To się nazywa „manipulacja”. Bo wiesz, kim tak naprawdę dla nich jesteśmy? Głupimi. Wieśniakami. Gównem. Dopóki można nam współczuć, jakoś nas tolerują. Ale wystarczy, że trochę się podniesiemy — i koniec, kurwa. „Proszę, bądźmy przyjaciółkami. Siostry, te sprawy”. A mnie już się jakoś nie chce.

— Uliasz, słoneczko…

— Pierdol się.

— Proszę cię, jak matka… Jak matka…

— Widzisz? Widzisz, co?! Podstępne suki!

— Uliasz…

— Nie! Żadna Uliasza! Ty w ogóle rozumiesz, co ja tu przeżywam?! Jesteś z nimi czy ze mną?! Nawet nie chcesz zapytać, co z Saszą, co ze ślubem?

— Jestem z tobą, z tobą… Jak on?

— Kiepsko!

Rozłączyła się z mamą. Zrobiło jej się dziwnie. To była histeria niepłynąca z serca, tylko z rozumu, sama ją w sobie wywołała, jakby przyzywała demony. Ale teraz była jej potrzebna, dodała powietrza Ulianie, która właśnie zaczynała opadać z sił. A matka… Przecież matka nigdzie od niej nie odejdzie. Jakby co, na pewno wybierze Ulianę, a nie tych z Moskwy.

Wsadziła telefon do torebki jak pistolet do kabury. Pochodziła po dziedzińcu, udając oburzenie. I znowu rozbrzęczał się telefon. Tym razem — Artur Iwanowicz!

Wyciągała go z torebki i przypadkiem upuściła na asfalt. Upadł płasko, Uliana przestraszyła się, że rozbije się ekran, podniosła go — a był cały. Dzięki Bogu, dobry znak.

— Uliano Konstantinowna? Omówiliśmy pańską sytuację z kierownictwem — teraz mówił już nie przymilnie, lecz sucho i rzeczowo.

— Słucham.

— Postanowiliśmy, co następuje. Nie możemy dopuścić się naruszenia obowiązków służbowych, jak pani od nas żąda. Oczywiście nie jesteśmy gotowi udzielić pani ślubu z Łazarenką, dopóki jest nieprzytomny, a pracownicy urzędu stanu cywilnego nigdy by się na coś takiego nie zgodzili.

Serce od razu przyspieszyło, jakby ruszyła z miejsca na setkę.

— A dlaczego, kiedy można było, nie… — wydech, wdech. — Dobrze, no to będę działać tak, jak z panem ustaliliśmy, Arturze Iwanowiczu.

— Niech pani najpierw pozwoli mi dokończyć, dobrze? Jak już wyjaśniłem, nie będziemy łamać prawa, żeby spełnić pani… pani życzenie. Łazarenko jest teraz pod sedacją, dostaje midazolam i fentanyl, ze względu na operację kręgosłupa, żeby zmniejszyć obciążenie ośrodkowego układu nerwowego. Możemy podać mu odtrutki na oba leki, na jakiś czas odzyska przytomność i będzie pani mogła zawrzeć z nim związek małżeński zgodnie z wymogami prawa. Czy taki wariant pani odpowiada?

— Tak! Oczywiście, że tak… Dziękuję, Arturze Iwanowiczu!

— Proszę mi wysłać skan paszportu, prześlę go pracownikom urzędu stanu cywilnego, żeby przygotowali dokumenty… Muszę jednak uprzedzić panią o dwóch rzeczach. Po pierwsze, te leki działają przede wszystkim silnie przeciwbólowo, a zatem Łazarenko, kiedy odzyska przytomność, będzie odczuwał ból. Po drugie, wybudzimy go z sedacji wcześniej, niż zaleca się dla prawidłowej rekonwalescencji pooperacyjnej. To między innymi niedobre dla ciśnienia. W zwykłych okolicznościach odmówilibyśmy pani, Uliano Konstantinowna, ale sytuacja jest niezwykła… Jak wiemy. A więc… Krótko mówiąc, bierze pani to na własną odpowiedzialność.

Uliana otarła czoło. Znowu nadciągał skwar. Wczorajsza ulewa nie pomogła Moskwie odetchnąć.

— Mogę zadzwonić do pana za pięć minut i powiedzieć?

— Pięć minut, dobrze. Pracownicy urzędu stanu cywilnego mają teraz wolne okienko. Potem pretensje będzie pani mogła mieć już tylko do siebie. Zrobiliśmy, co mogliśmy.

Rozłączył się. Czas zaczął płynąć.

A przecież mogła teraz po prostu przemknąć przez portiernię, wskoczyć do autobusu, dojechać do najbliższej stacji metra, stamtąd na Komsomolską, wygramolić się spod ziemi na placu trzech dworców, kupić w kasie bilet na najbliższy pociąg i na zawsze zniknąć z tej ich Moskwy, jakby nic z tego jej nie spotkało. Artur Iwanowicz zaproponował jej rozwiązanie: proszę brać, jeśli pani chce, a jeśli nie — nie będziemy mieć pretensji.

Uliana pobawiła się telefonem, bezmyślnie postukała w różne ikonki. A potem zrobiła tak: zadzwoniła do Tatiany Nikołajewny. Telefon popiskiwał i popiskiwał, aż w końcu tamta odebrała.

— Po co do mnie dzwonisz, ty podła żmijo?

— Jak tam, Tatian-Nikołajewna, jedzie pani?

— A co cię obchodzi, czy jadę, czy nie!

Uliana pomilczała, nasłuchując. Jakby było słychać stukot kół wagonu.

— Ulianeczka!

— Tak, Tatian-Nikołajewna?

— Ani się waż, jasne? Masz sumienie czy nie?

— Ale on jest teraz nieprzytomny, Tatian-Nikołajewna — powiedziała spokojnie Uliana. — Z nieprzytomnym i tak nie udzielą ślubu.

— Tylko nie waż się go oszukać — powiedziała tamta, łapiąc oddech. — Przeklnę cię. Żebyś wiedziała.

— Dobrze, będę pamiętać — obiecała Uliana.

Dobrze sobie pogadały. Nawet nie miała ochoty na nią wrzeszczeć. To słabi sapią i piszczą. Nasza Tania głośno płacze, piłeczkę do rzeki upuściła. No, przeklinaj, Taniu. Mam cię tu jak na dłoni. Suka.

Ręce znowu zaczęły jej wibrować, popłynął w nich prąd. Nogi natychmiast stały się sprężyste. Uliana przypomniała sobie, po co tu jest i dlaczego. Zostało tylko poprosić mamę o radę, upewnić się.

Zadzwoniła — a mama nie odbiera. Obraziła się czy co? A kto tu jeszcze powinien się obrazić!

No dobrze. Nieważne.

I tak wszystko już postanowione.

Spis treści

  1. Rejestracja
  2. Autor w sieci
  3. 1.
  4. 2.
  5. 3.
  6. 4.
  7. 5.
  8. 6.
  9. 7.
  10. 8.
  11. 9.
  12. 10.
  13. 11.
  14. 12.
  15. 13.
  16. 14.
  17. 15.
  18. Epilog
  19. glukhovsky.com
  20. O autorze

Szukaj

Szukaj w całej książce

Zapytaj książkę

Odpowiedzi AI z cytatami z książki.

Pytanie o książkę

Komentarz

Kod wygasa po 10 minutach. Możesz też otworzyć link w wiadomości.

Potwierdź email, aby wysłać komentarz. Prześlemy go autorowi.